2015-04-28 00:38

Po co stowarzyszenia urbanistów?

Pomimo szczegółowych analiz wszystkich dotychczasowych "stowarzyszeniowych" inicjatyw środowiska urbanistów (TUP, SUP, SPIU,SUPOIU, ) w dalszym ciągu mam problem z odpowiedzią na tytułowe pytanie. Przy tej okazji przypomniał mi się fragment bardzo znanej książki, który zamieszczam poniżej w miejsce brakującej odpowiedzi:

„(...) Z dołu, z podwórza, dobiegał radosny gwar śpieszących do domu uczniów. Nauczyciel zamknął okno i w dużym pokoju, z półkami pełnymi książek, zapanowała głucha, złowroga cisza. Po dłuższej chwili przerwał ją głos nauczyciela:

- Dowiedziałem się, że założyliście jakieś stowarzyszenie. Dlatego was tu wezwałem. Podobno ta wasza organizacja nazywa się Związkiem Kitowców. Ten, który mnie o tym poinformował, wręczył mi listę członków tego związku. Czy to prawda, że należycie do tego związku?

Nikt nie odpowiadał. Wszyscy stali w milczeniu obok siebie z nisko opuszczonymi głowami, co było najlepszym dowodem prawdziwości powyższego oskarżenia. Nauczyciel mówił dalej:

- Zacznijmy od początku. Przede wszystkim chcę wiedzieć, kto założył ten związek, kiedy jasno i wyraźnie oświadczyłem, że nie pozwalam na zakładanie żadnej, ale to żadnej organizacji.

Nikt jednak nie odpowiadał. Po długiej ciszy odezwał się wreszcie jakiś zalękniony głos:

- To Weiss.

Profesor Rac surowo spojrzał na Weissa.

- Weiss! Czy ty nie potrafisz się sam zgłosić?

- Ależ tak, potrafię - odpowiedział cichutko Weiss.

- To dlaczego nie przyznałeś się od razu?

Na to pytanie biedny Weiss nie znalazł odpowiedzi. Profesor Rac zapalił cygaro i wypuścił kłąb dymu.

- No to po kolei - powiedział. - Po pierwsze powiedz mi, o jakich tu kitowców chodzi, co to w ogóle znaczy?

Zamiast odpowiedzi Weiss wyjął z kieszeni dużą bryłę kitu i położył ją na stole. Przez chwilę patrzył na nią, a potem tak cicho, że ledwo go było słychać, powiedział:

- To jest właśnie kit.

- A cóż to takiego? - zapytał nauczyciel.

- Kit to kit, to taka masa, którą przykleja się szyby do ram okiennych. Szklarz wkłada szybę w ramę, i potem przylepiają kitem, a my to wydłubujemy paznokciem.

- I to ty wydrapałeś ten cały kit?

- Nie, panie profesorze. To jest związkowy kit.

Nauczyciel uniósł brwi ze zdziwienia.

- Co takiego? - zapytał.

Weiss nabrał nieco odwagi.

- To jest kit zebrany przez członków związku - powiedział - a zarząd mnie właśnie powierzył jego przechowywanie. Poprzednio Kolnay przechowywał kit, bo on jest naszym skarbnikiem, ale u niego kit wysechł, bo go nigdy nie żuł.

- Więc ten kit trzeba żuć?

- Tak, bo inaczej wysycha i wtedy nie można go ugniatać. Ja codziennie żułem kit.

- Dlaczego właśnie ty?

- Bo zgodnie z naszym statutem prezes powinien przynajmniej raz dziennie żuć związkowy kit, żeby nie stwardniał...

Tu Weiss załamał się, wybuchnął płaczem i pochlipując dodał:

- A teraz właśnie ja... jestem prezesem.

Napięcie wzrosło. Głos nauczyciela brzmiał surowo:

- W jaki sposób zebraliście taki ogromny kawał kitu?

Zapanowała cisza. Nauczyciel spojrzał na Kolnaya.

- Kolnay! Gdzie to zebraliście?

Kolnay zaczął trajkotać tak gorliwie, jakby wierzył, że swoim szczerym wyznaniem wyratuje kolegów z opresji.

- Bo proszę pana psora, myśmy to uzbierali przez cały miesiąc. Naprzód to ja żułem, ale wtedy ten kit był mniejszy. Pierwszy kawałek przyniósł Weiss i od tego się zaczęło, wtedy założyliśmy nasz związek. Ojciec zabrał Weissa na przejażdżkę dorożką i on wydrapał kit z okna. Aż paznokcie sobie rozkrwawił. Potem ktoś wybił szybę w auli, więc całe popołudnie czekałem, aż przyjdzie szklarz, a on przyszedł dopiero o piątej i ja go wtedy poprosiłem, żeby dał mi trochę kitu, ale on nic nie odpowiedział, po prostu nie mógł mówić, bo on miał całą paszczę kitu. Nauczyciel surowo zmarszczył brwi.

- Jak ty się wyrażasz? Zwierzę ma paszczę, nie człowiek!

- Przepraszam, całe usta miał pełne kitu. Bo żuł kit. Więc podszedłem i poprosiłem go, żeby pozwolił mi się przyglądać, jak będzie wprawiał szybę. Patrzyłem, jak przyciął szybę, wprawił ją i wreszcie poszedł. A kiedy już poszedł, to ja zaraz wydrapałem kit. I zabrałem. Ale nie dla siebie, lecz dla naszego związku... zwią... związ.. kuuu... - i również się rozpłakał.

- Przestań płakać - powiedział profesor Rac.

Weiss, który w zdenerwowaniu miętosił róg kurtki, nie omieszkał zauważyć:

- Zaraz ryczy...

Ale Kolnay dalej szlochał i to tak rozpaczliwie, że aż serce się krajało. Weiss syknął więc znowu:

- Nie rycz!

Ale wkrótce i on zaczął beczeć. Łzy wzruszyły widać profesora Raca. Mocno zaciągnął się cygarem. Wtedy elegancik Czele zdecydował zachować się tak, jak zwykli to czynić rzymscy bohaterowie i jak wczoraj na Placu Broni postąpił Boka, więc godnym krokiem wystąpił przed oblicze profesora i stanowczym głosem oświadczył:

- Panie profesorze, ja również zbierałem kit dla związku.

I śmiało spojrzał nauczycielowi w oczy. Profesor Rac zapytał:

- Skąd go brałeś?

- Z domu - odpowiedział Czele - stłukłem szybkę w zbiorniczku do kąpieli w klatce dla ptaków. Mama kazała to zaraz naprawić, a ja wydłubałem potem kit i woda wypłynęła na dywan, kiedy kanarek zaczął się kąpać. Ale po co taki kanarek ma się kąpać? Wróble na przykład w ogóle się nie kąpią, są brudne i wcale im to nie przeszkadza.

Profesor Rac pochylił się na swoim krześle i pogroził Czelemu.

- Nie rezonuj, Czele, bo ci zaraz zepsuje ten twój dobry humor! Mów dalej, Kolnay!

Kolnay pochlipywał jeszcze. Wytarł nos i zapytał:

- A co mam jeszcze mówić?

- Skąd wzięliście resztę kitu?

- Czele właśnie przed chwilą powiedział... I związek dał mi raz sześćdziesiąt grajcarów na ten cel...

To już się panu profesorowi Racowi zupełnie nie podobało.

- A więc również kupowaliście kit?

- Nie - odparł Kolnay. - Tylko mój ojciec jest lekarzem i przed południem jeździ fiakrem do pacjentów, raz zabrał mnie ze sobą, a ja z okna wydłubałem kit, bo był bardzo miękki, no to związek dał mi sześć dziesiątek, żebym sam się tym fiakrem przejechał, więc po południu wsiadłem i pojechałem aż na Urzędnicze Parcele, po drodze wydłubałem kit ze wszystkich czterech okien, a potem piechotą wróciłem do domu.

Profesor zastanowił się chwilę.

- Czy to było wtedy, kiedy spotkałem cię przy Akademii Sztabu Generalnego?

- Tak jest.

- I odezwałem się do ciebie... A ty mi nie odpowiedziałeś.

Kolnay pochylił głowę i ze smutkiem odparł:

- Nie mogłem, bo miałem pełną paszczę kitu.

I Kolnay znów się załamał i znów zaczął płakać. Weiss ponownie się zdenerwował, zaczął miętosić w ręku kurtkę i zmieszany powiedział:

- Znów ryczy...

I sam w bek. Nauczyciel wstał i zaczął przechadzać się po pokoju.

- Ładna sprawa. A kto był prezesem?

Usłyszawszy to pytanie Weiss błyskawicznie uspokoił się. Przestał płakać i dumnie uniósłszy głowę oświadczył:

- Ja!

- A kto był skarbnikiem?

- Kolnay.

- Oddaj pieniądze, które wam zostały.

- Proszę.

Kolnay sięgnął do kieszeni. A miał nie mniej przepastne kieszenie niż Czonakosz. Zaczął w nich grzebać i po kolei wyjmować wszystko, co w nich trzymał. Przede wszystkim wydobył jednego forinta i czterdzieści trzy grajcary. Potem dwa znaczki pocztowe po pięć grajcarów, kartkę pocztową, dwa znaczki skarbowe o wartości jednej korony każdy, osiem nowych stalówek i jedną kolorową kulkę. Nauczyciel sposępniał na widok pieniędzy i

dokładnie je przeliczył.

- Skąd braliście pieniądze?

- Ze składek członkowskich. Co tydzień każdy płacił dziesięć grajcarów składki.

- A po co były wam potrzebne pieniądze?

- Wpłacaliśmy składki dla zasady. Weiss zrezygnował bowiem jako prezes z pensji.

- Ile miał dostawać tej pensji?

- Pięć grajcarów tygodniowo. Ja przyniosłem znaczki, pocztówkę Barabasz, a znaczki skarbowe Rychter. Ojciec mu... to znaczy on je ojcu...

- Ukradł! Co? Rychter! - przerwał gwałtownie nauczyciel.

Rychter wystąpił i spuścił oczy.

- Ukradłeś? Przyznaj się!

Chłopiec bez słowa skinął potwierdzająco głową.

- CóŻ to za deprawacja! Kim jest twój ojciec? - nauczyciel był wstrząśnięty i z dezaprobatą kręcił głową.

- Mój ojciec, doktor Ernest Rychter, jest adwokatem. Ale nasz związek ukradkiem zwrócił ten znaczek.

- Ukradkiem?

- No bo najpierw to ja ukradłem ojcu ten znaczek, ale później bałem się, że ojciec zauważy, więc związek dał mi jedną koronę, żebym odkupił znaczek i podrzucił ojcu na biurko. Lecz właśnie wtedy ojciec mnie przyłapał na gorącym uczynku, to znaczy, nie wtedy, kiedy zabierałem znaczek, ale wtedy, kiedy go ukradkiem chciałem oddać, i zdrowo mi przyłoił...

Na surowe spojrzenie profesora Rychter natychmiast poprawił się:

- Dostałem za to od ojca lanie, a potem jeszcze dodatkowo przyłożył mi po buzi za to, że ukradłem ten znaczek, który chciałem położyć mu na biurku. Ojciec się strasznie gniewał i pytał, komu ja ten znaczek ukradłem, a ja nie chciałem się przyznać, bo znów dostałbym po buzi, więc powiedziałem, że to Kolnay dał mi ten znaczek, i wtedy tatuś powiedział: „Natychmiast oddaj Kolnayowi, bo on na pewno gdzieś go ukradł”, więc ja zaniosłem z powrotem znaczek Kolnayowi i dlatego teraz nasz związek ma dwa znaczki.

Profesor Rac zastanowił się nad tym, co usłyszał.

- A po co kupowaliście nowy znaczek, skoro można było oddać stary?

- Nie dało rady - odpowiedział za Rychtera Kolnay - bo na odwrocie przystawiliśmy pieczątkę naszego związku.

- To i pieczątkę macie? Gdzie ta pieczątka?

- Barabasz jest naszym strażnikiem pieczęci.

Przyszła więc kolej na Barabasza. Teraz on wystąpił do przodu. Posłał mordercze spojrzenie Kolnayowi, z którym zawsze się spierał. Pamiętał jeszcze o niedawnym zdarzeniu z kapeluszem na Placu Broni, przed głosowaniem... Ale co robić, wyjął z kieszeni sporządzoną z gumy pieczątkę wraz z poduszką do stemplowania i posłusznie postawił ją na nauczycielskim stole. Nauczyciel obejrzał pieczątkę. Napis brzmiał: „Związek Kitowców, Budapeszt, 1889”. Profesor Rac stłumił uśmiech i znów pokiwał głową. Ośmieliło to Barabasza do tego stopnia, że sięgnął w kierunku stołu i chciał zabrać z powrotem pieczątkę. Ale profesor położył na niej dłoń.

- Czego chcesz?

- Panie profesorze - wydusił z siebie Barabasz - ja złożyłem przysięgę, że raczej oddam życie, niż pozwolę odebrać sobie pieczęć!

Nauczyciel schował pieczątkę do kieszeni.

- Cisza! - powiedział.

Ale Barabasz nie chciał się pogodzić z tym faktem.

- Jak tak, to proszę również zabrać Czelemu chorągiew!

- To i chorągiew macie? Oddaj ją - powiedział nauczyciel patrząc na Czelego.

Czele sięgnął do kieszeni i wyjął z niej malutką chorągiewkę na kawałku drutu. Tę chorągiewkę, podobnie jak sztandar chłopców z Placu Broni, wykonała siostra Czelego. Chorągiewka była czerwono - biało - zielona i było na niej napisane: „Związek Kitowców, Budapeszt 1889. Pszysięgamy, nigdy już niewolnikami nie być nam!”

- Hmm - chrząknął nauczyciel - co to za ptaszek pisze przysięgamy przez „sz”? Kto to napisał?

Nikt nie odpowiadał. Nauczyciel grzmiącym głosem powtórzył:

- Kto to napisał?

Nagle Czele wpadł na pewien pomysł. Po co dalej sypać kolegów? Przysięgamy przez „sz” napisał Barabasz, ale niby dlaczego miałby za to cierpieć? Więc Czele odezwał się:

- To moja młodsza siostra tak napisała, panie profesorze.

I przełknął po tym kłamstwie ślinę. Nie było to szlachetne, ale uratował jednak przyjaciela... Nauczyciel nic nie powiedział. A chłopcy zaczęli teraz mówić jeden przez drugiego.

- Panie profesorze, Barabasz nie powinien był mówić o chorągwi, to naprawdę nieładnie z jego strony - powiedział ze złością Kolnay. Barabasz usprawiedliwiał się:

- On zawsze się mnie czepia! Jak nie ma pieczęci, to nie ma i naszego związku! Koniec!

- Cisza! - przerwał dyskusję profesor Rac. - Już ja was nauczę! Związek ulega natychmiastowemu rozwiązaniu i żebym więcej nie słyszał o niczym podobnym. Z zachowania dostaniecie wszyscy obniżony stopień, a Weiss będzie miał obniżony o dwa stopnie, bo on był prezesem związku.

- Przepraszam! - skromnie zaznaczył Weiss. - Akurat ja byłem w tym momencie prezesem, ale właśnie dzisiaj miało odbyć się zebranie, na którym mieliśmy wyznaczyć nowego prezesa na ten miesiąc.

- I mieliśmy mianować Kolnaya - powiedział z szyderczym uśmiechem Barabasz.

- Nic mnie to nie obchodzi - stwierdził nauczyciel. - Jutro wszyscy zostaniecie w szkole do drugiej. Już ja was nauczę! A teraz możecie iść do domów.

- Do widzenia, panie profesorze! - zawołali chórem i ruszyli w stronę drzwi. Weiss wykorzystał chwilowe zamieszanie, żeby sięgnąć po kit. Ale nauczyciel dostrzegł jego manewr.

- Zostaw to!

Weiss zrobił niewinną minę.

- To nie dostaniemy z powrotem naszego kitu?

- Nie! I kto z was ma jeszcze kit, ten niech go natychmiast odda. Jeśli się dowiem, że któryś z was zatrzymał kit, to zastosuję najsurowszą karę!

Po tych słowach wystąpił do przodu Lesik, który dotąd milczał jak głaz. Wyjął z ust kawałek kitu i z bólem serca dokleił go brudnymi rękoma do związkowej bryły.

- To wszystko?

Zamiast odpowiedzi Lesik szeroko rozdziawił usta. Pokazał, że naprawdę więcej już nie ma. Nauczyciel sięgnął po kapelusz.

- Niech no tylko jeszcze raz usłyszę, że założyliście jakiś związek! Marsz do domu!

Chłopcy w milczeniu wymykali się chyłkiem z pokoju nauczycielskiego i tylko jeden z nich odezwał się cicho:

- Do widzenia, panie profesorze!

Był to Lesik, który poprzednio nie mógł wypowiedzieć słów pożegnania, ponieważ miał usta pełne kitu. Nauczyciel wyszedł, rozwiązany przed chwilą Związek Kitowców pozostał samotnie. Chłopcy spojrzeli na siebie ze smutkiem. Kolnay zrelacjonował całe przesłuchanie czekającemu na korytarzu Boce. Ten odetchnął z ulgą.

- Bardzo się przestraszyłem - powiedział - bo już myślałem, że ktoś zdradził nasz Plac Broni...

W trakcie tej rozmowy podszedł do nich Nemeczek i szeptem powiedział:

- Popatrzcie... stałem przy oknie, kiedy was przesłuchiwano... szyba była dopiero co wprawiona... i...

Pokazał kawałek świeżego kitu, który przed chwilą wydrapał z okna. Wszyscy spojrzeli z podziwem. Weissowi zabłysły oczy.

- Jeśli znów mamy kit, to znów istnieje nasz związek! Przeprowadzimy zebranie związku na Placu...

- Na Placu! Na Placu Broni! - krzyknęli wszyscy i ruszyli pędem do domów. Na schodach rozległ się okrzyk, który był hasłem chłopców z Placu Broni:

- Hola ho! Hola ho!

I wszyscy wybiegli przez bramę szkoły na ulicę.(...)

 

Ferenc Molnár "Chłopcy z placu broni"

 

 

—————

Powrót


Skomentuj

Data: 2015-05-13

Dodał: Kontrurbanista

Tytuł: ...

Déjà vu?!

Odpowiedz

—————

Wstaw nowy komentarz





Ankieta

Jak oceniasz portal kontrURBANISTA?

bardzo interesujący (445)
86%

interesujący (30)
6%

nie mam zdania (10)
2%

mało interesujący (14)
3%

zdecydowanie nieinteresujący (19)
4%

Całkowita liczba głosów: 518


 

 



   PUBLIKACJE PORTALU 



  



Ankieta

Istnieje hipoteza, iż na początku był chaos. Czy obecny stan polskiej przestrzeni to:

twórcze rozwinięcie pierwotnej koncepcji (278)
74%

jej konsekwentna kontynuacja (29)
8%

nieudolne naśladownictwo (71)
19%

Całkowita liczba głosów: 378